Takie Tam Z Tripa

Dziennik z Indii

Po długiej tułaczce przez kraje Bliskiego Wschodu w końcu udało mi się dotrzeć do Indii. Poniższy tekst jest zbiorem zapisków z trzymiesięcznej wizyty w tym niezwykłym kraju. W tym czasie zdążyłem odwiedzić dwa najważniejsze metropolie Mumbai i stolicę New Delhi, przemierzyć drogę przez najciekawsze stany południa ( Goa, Karnataka oraz Kerala) by w końcu trafić w magiczne Himalaje i Kaszmir.

3 maja 2014, Goa (Indie)

Odkąd pamiętam lubiłem sporty ekstremalne, ale dopiero Bombaj pokazał mi co to znaczy być prawdziwym hardkorem. Sprawne poruszanie się po jednym z największych miast świata możliwe jest tylko za pomocą lokalnych pociągów, a te gwarantują prawdziwe emocje. Wskakiwanie (i wyskakiwanie) w biegu do wagonu, podróż po zewnętrznej stronie składu trzymając się czegokolwiek oraz dziesiątki mini gier takich jak: „ile osób może zmieścić się na 1 metrze kwadratowym?”, „jak stanąć blisko ściany, by nie dać się zmiażdżyć” i moja ulubiona „jak przepchnąć się przez tłum Hindusów żeby wysiąść na właściwej stacji”. Nigdy nie widziałem bardziej zatłoczonego miejsca niż Bombaj pełnego niewyobrażalnej biedy i luksusu w tym samym miejscu. Kilka dni tutaj było prawdziwą szkołą życia i dobrym wprowadzeniem w świat Indii, ale postanowiłem zbytnio nie zwlekać i udać się na zasłużony odpoczynek po kilku miesiącach w świecie Islamu do ziemi obiecanej hipisów z wszystkich stron świata. W ten sposób dotarłem do rajskich plaż Goa łapiąc słońce i pozytywne wibracje – o dziwo najczęściej używanym językiem tutaj jest rosyjski, a w powietrzu unosi się duch słowiańszczyzny. Czas na chillout, paka!

 

12 maja 2014 Hampi (Indie stan Karnataka)

Indie pochłonęły mnie zupełnie. Po tygodniu spędzonym na Goa przeniosłem się odrobinę wgłąb kraju. Mimo rajskich plaż w otoczeniu dżungli, ciekawego towarzystwa i taniego alkoholu nie potrafię zbyt długo wylegiwać się nie robiąc nic. Dla odmiany Hampi, w którym jestem od jakiegoś czasu jest jednym z najpiękniejszych miejsc jakie przyszło mi kiedykolwiek oglądać.
Majestatyczne świątynie ukryte w środku dżungli, kamienne wzgórza, małpy skaczące po dachach, uśmiechnięci ludzie i pozytywne wibracje przyciągają tu zarówno śmiałków żądnych przygód jak i osoby z dobrą karmą poszukujące wyciszenia i przestrzeni do medytacji.
Będąc tutaj raptem kilka dni udało mi się nauczyć jeździć na motorze, ukraść w nocy małą łódkę (wieś jest przedzielona rzeką, więc jedyną formą transportu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów są wspomniane łódki, które kursują tylko od wschodu do zachodu słońca), walczyć z małpami o posiłek oraz stanąć oko w oko że skorpionem, który akurat postanowił zamieszkać na wprost drzwi do mojej chatki. Niektórzy przyjeżdżają tu na kilka dni po czym zostają na tygodnie, miesiące, a nawet lata.O Hampi można by pisać całe poematy.

Niestety mój komputer postanowił się zbuntować w wyniku czego straciłem spacje i kilka innych istotnych klawiszy umożliwiających sprawne opisywanie rzeczywistości. Do czasu uporania się z tym problemem jestem zmuszony ograniczyć pisanie do minimum. Jak tu mawiają – don’t worry be Hampi!

17 maja 2014 Hampi (Indie – stan Karnataka)

Doszły do mnie słuchy, że w Polsce w ostatnim czasie wszystkim się wyjątkowo powodzi…
W Indiach dla odmiany potężne upały, ale zamiast torturować Was słonecznymi zdjęciami solidaryzuje się z zalanym Śląskiem i Małopolską – w tym celu wyruszam niemal na samo południe do tropikalnej Kerali, gdzie właśnie rozpoczyna się pora deszczowa. Mimo wszystko wierzę, że uda mi się odwiedzić kilka miejsc zanim zostanę zmieciony przez jakiś wylewny monsun.
Tymczasem zrobiłem sobie małą przerwę od autostopu na rzecz ekstremalnie tanich i nie mniej ekscytujących pociągów – w wagonach okien nie ma, więc wiatr we włosach gwarantowany, a poza tym Hindusi wyjątkowo dbają o to abym nie nudził się ani przez chwilę.
Nie dajcie się porwać fali i uważajcie na krokodyle J

24 maja 2014, Kumily – (Indie stan Kerala)

Dzisiejszy post miał być o przygodach z niesamowitej Kerali, ale nie będzie. Mam natomiast mniej radosne wieści – doświadczam ostrego zatrucia w wyniku czego rzygam jak kot z poziomem żywotności równym przebitej dętce od roweru i paroma innymi niezbyt przyjemnymi efektami ubocznymi.
Aby nie było tak ponuro i depresyjnie dodam, że choruje będąc w górskim miasteczku otoczonym z jednej strony przez rezerwat tygrysów i Park Narodowy, a z drugiej przez dziesiątki kilometrów plantacji herbaty i przypraw, więc mimo wszystko nie jest najgorzej Emotikon smile Zamierzam ekspresowo wyleczyć się za pomocą medycyny naturalnej i ruszyć czym prędzej do dżungli, ale póki, co się na to nie zanosi.

27 maja 2014 – gdzieś w dżungli (Indie stan Kerala)

Welcome to the jungle!
Po dwudniowej rekonwalescencji w hamaku wyzdrowiałem dzięki czemu w końcu mogłem wyruszyć na trekking w dżungli. Jako, że cały region objęty jest ścisłą ochroną każde wyjście w góry musi odbywać się wraz z uzbrojonym strażnikiem i przewodnikiem. No, a Hindusi przecież zawsze mają czas i nigdzie im się nie spieszy, więc pół godziny wędrówki i pół godziny odpoczynku jest szeroko przyjętym standardem. Mimo leniwego tempa podziwianie tropikalnych lasów i podglądanie matki natury to czysta przyjemność. Tygrysa spotkać się nie udało, ale można powiedzieć, że deptałem mu po piętach co widać na zdjęciu poniżej J
Z radością i satysfakcją wyjeżdżam z gór, a korzystając z tego, że monsun jeszcze nie zaczął siać spustoszenia kieruje się ponownie na wybrzeże do wioski Varkala założonej kilkadziesiąt lat temu przez hipisów i nieprzerwanie ściągającej do siebie wariatów z różnych stron świata – brzmi dobrze, prawda?

30 maja 2014, Kanyakumari (Indie stan Kerala)

No to dalej już nie pojadę…a przynajmniej nie na południe. Dotarłem właśnie na sam koniec Indii!

1 czerwca 2014 gdzieś na południu Indii

Od momentu przyjazdu do Indii minął ponad miesiąc. W przeciwieństwie do moich oczekiwań i przestróg znajomych wypocząłem na całego po wyczerpujących przygodach na Bliskim Wschodzie. Poza zaczepkami taksówkarzy, żebraków i wszelkiego rodzaju naganiaczo-naciągaczy oraz niezbyt higieniczną kulturą osobistą Hindusi zaczarowali mnie magią kolorów, fantastyczną kuchnią, spirytualizmem i uśmiechami.
Wyruszając na południe kraju zdążyłem zmierzyć się z gigantycznym Bombajem, poznałem uroki Goa, odwiedziłem milion świątyń zaprzyjaźniając się z zamieszkującymi je małpami, nauczyłem się jeździć na motorze, ukradłem łódkę (szybciutko oddałem), rozchorowałem się, wędrowałem przez dżunglę i park narodowy, by w końcu dotrzeć na sam kraniec Indii obserwując zderzające się ze sobą morza. Jakby tego było mało pogoda okazała się nad wyraz łaskawa, przez co nie zdążyłem doświadczyć na własnej skórze potęgi monsunu, który już można wyczuć w powietrzu.
Nadszedł czas na pożegnanie się ze światem gorących tropików i zmierzenie się z liczącą sobie ok. 3000 kilometrów trasą. Następne 3 dni spędzę w pociągu przemierzającym niemal cały kraj z południa na północ do stolicy kraju Delhi, a potem następne kilkanaście (lub kilkadziesiąt) godzin busem, stopem i pieszo w kierunku Himalajów – czas w końcu porządnie się zmęczyć oraz zrobić użytek ze śpiwora i ciepłej odzieży. Tradycyjnie proszę o trzymanie kciuków J

4 czerwca 2014 Manali (Podnóże Himalajów – stan Himachal Pradech, Indie)

Cóż to była za przygoda! Po trzech dniach podróży pociągiem z tropikalnej Kerali, przez wschodnie wybrzeże i pustynie środkowych Indii dotarłem do Delhi. Nie jestem wielkim fanem kilkunastomilionowych molochów, więc z marszu przeprawiłem się przez miasto i błyskawicznie wskoczyłem do leciwego autobusu zmierzającego w kierunku Himalajów

No i okazało się, że to dopiero początek. Po kilku godzinach jazdy podjąłem nieśmiałe próby zaśnięcia w pozycji zgodnej z wszelkimi zasadami feng shui, aż w pewnym momencie obudziło mnie szarpnięcie. Po chwili drugie i trzecie – autobus zaczął piąć się w górę. Nie byłoby w tym nic niesamowitego, gdyby nie kierowca, który z zacięciem Roberta Kubicy pokonywał kolejne zakręty. Zaczęliśmy mijać z zawrotną prędkością autobusy, tiry, i osobówki wyprzedzając na piątego, ósmego, a nawet dziesiątego (liczyłem!) nad kilkusetmetrową przepaścią. W międzyczasie uciąłem sobie miłą pogawędkę ze współpasażerem : „zawsze kierowcy tutaj tak jeżdżą?” – zapytałem. „Nie ten jest wyjątkowo szalony, a poza tym widać, że pijany dlatego tak wyprzedza.” Do końca nocy nie zmrużyłem oka obserwując jak na milimetry unikamy kolejnych czołowych zderzeń.
Wczesnym rankiem szczęśliwy z nogami jak z waty wysiadłem na dworcu autobusowym w Manali. Zmieniło się wszystko. Kolor skóry ludzi wokół, rysy twarzy, kolory i zapachy. Temperatura spadła z 40 stopni do przyjemnych dwudziestu pięciu, a powietrze zamiast dusić orzeźwiało. Po kilku kilometrach wędrówki dotarłem do Old Manali – hipisowskiej, wioski położonej u zbiegu rzek w otoczeniu potężnych gór. Znikąd zaczęły wyłaniać się domki, hotele i restauracje. Przez chwilę poczułem się jak w Zakopanem z tą różnicą, że zamiast góralskiej muzyki wszędzie wokół można usłyszeć reggae, jazz i dźwięk bębnów, a zamiast kierpców i ciupag sprzedawcy oferują psychodeliczne koszulki, bonga i gitary. No i już w zupełności rozumiem skąd wzięła się nazwa Konopie Indyjskie. Słodki zapach unosi się w powietrzu, a roślina, za którą nasz wymiar sprawiedliwości zamyka młodzież w więzieniach rośnie dziko dosłownie wszędzie. Wokół śpiewają ptaki, szumi rzeka, a na horyzoncie wodospady i ośnieżone sześciotysięczne szczyty. Chyba tu chwilę posiedzę…

 

12 czerwca 2014, Parvatti Valley (Indie stan Himachal Pradech)

Mój pierwszy tydzień spędzony w Himalajach to materiał na niezły film. Ale po kolei.
Najpierw prawie dałem się wciągnąć w pułapkę sympatycznym Hindusom proponującym dobry biznes, którzy okazali się być szajką oszustów wyciągających w całym kraju grubą kasę od zagranicznych turystów. Starając się nie zrażać przykrym doświadczeniem przyjąłem zaproszenie do mieszczącej się 150 km od Manali rodzinnej wioski w górach od poznanego w autobusie Marcela – pół Hindusa, pół Niemca. W ten zupełnie przypadkowy sposób przez kilka dni mieszkałem na farmie znajdującej się na szczycie góry pośrodku niczego stając się członkiem fantastycznej rodzinki. No i otrzymałem kolejną w tej podróży propozycje przyjęcia ziemi na wzgórzu celem budowy domu z widokiem na sady jabłek i pola konopi. Może kiedyś Emotikon wink Obiecałem, że jeszcze tam wrócę w drodze powrotnej z Kaszmiru, tymczasem udałem się w kierunku Malany, zamieszkałej przez prawdopodobnie najbardziej odizolowaną od cywilizacji społeczność w Indiach. Po pokonaniu 20 kilometrów podejścia po drugiej stronie wąwozu moim oczom ukazała się niewielka wioska na szczycie urwiska z sześciotysięcznikiem w tle. Aby się do niej dostać należy zejść w dół wąwozu, przekroczyć rzekę i uporać się z kilkukilometrową wspinaczką po wąskiej dróżce nad urwiskiem. Od kilku lat Malane można odwiedzić bez specjalnego pozwolenia jednak jej mieszkańcy ciągle żyją według unikalnych wewnętrznych zasad kastowych i wierzeń. Zgodnie z nimi członkowie niższych kast i osoby nie będące Hindusami nie mogą dotykać budynków na terenie wioski ani jej mieszkańców aby nie zniszczyć spirytualnego ducha wioski. Mieszkańcy komunikują się w lokalnym języku „Malani”, którego nie rozumieją nawet mieszkańcy wioski Chowk po drugiej stronie rzeki. Dach nad głową znalazłem w znajdującym się na szczycie wzgórza nad wioską guesthousie. Chętnych do rozmowy znalazło się jednak sporo – region Malany słynie z najlepszego haszu w całej Azji, więc na każdym kroku próbowano mi sprzedać pakunki wielkości tabliczek czekolady. Za to udając się w głąb wioski życie wygląda jakby zatrzymało się setki lat temu. Drewniane domy, mężczyźni w tradycyjnych strojach i przedziwne zwyczaje. Chcąc kupić banany sprzedawca kładzie je na ziemi przed sklepem, następnie w ten sam sposób przekazuje dla niego pieniądze i odbieram resztę. Tak aby między nami cały czas znajdował się bezpieczny dystans. Dzieci uciekające na mój widok oraz przenikliwe i raczej nieprzyjazne spojrzenia nie zachęcały do dłuższego pobytu. Po dwóch nocach w tym tajemniczym miejscu postanowiłem przejść przez góry do popularnej Parvati Valley. Zniechęcano mnie do samotnego trekkingu bez przewodnika. Jednak już po kilku kilometrach okazało się, że mam towarzysza wyprawy. Okazał się nim biały kundel, który pokazywał mi drogę w górę, wspiął się razem ze mną na przełęcz (3680m) skąd wspólnie zeszliśmy następne kilkanaście kilometrów aż do hipisowsko-izraelskiej enklawy Kasol, będącej też bazą wypadową do odkrywania malowniczej Parvati Valley. Taki tam tydzień z życia. A jak wyglądają Himalaje? Różnie – wczoraj tak jak na zdjęciu poniżej

18 czerwca wieś Tosh – Parvatti Valley (Indie stan Himachal Pradech)

Na dobre dałem się wciągnąć Parvati Valley – najbardziej wyluzowanej dolinie w Himalajach. Spędziłem dwie noce w zatłoczonej wiosce Kasol nazywanej nie bez powodu Małym Izraelem, gdzie Hebrajski jest najpopularniejszym językiem, a głównymi potrawami w restauracjach są shakshuka, humus i falafel. Wielu młodych Izraelczyków przyjeżdża tu natychmiast po odbyciu obowiązkowej (również dla kobiet) trzyletniej służby wojskowej, aby zapomnieć o świecie w oparach dymu wydobywającego się z Czilum (tradycyjnej, ceramicznej fajki palonej niemal przez wszystkich). W okolicznych lasach bez przerwy odbywają się też szalone imprezy w klimacie psytrance. Trafiłem do doliny akurat w trakcie pełni księżyca, a z tej okazji niemal w każdej wsi mniej lub bardziej znani Dj’e torturują ludzi basami z okazji Full Moon Party. Siłą rzeczy znalazłem się na jednej z leśnych imprez -zapowiadało się nieźle, ale festiwal szybko zamknęła policja ze względu na brak stosownych pozwoleń (czyt. łapówek), a, mi pozostało cieszyć się pięknem doliny Parvati. W tym celu udałem się do maleńkiej górskiej osady Kheer Ganga położonej na samym krańcu doliny na wysokości 3000 metrów u podnóży potężnych szczytów i lodowców. To jednak nie wszystko. Nad wioską znajduje się niewielka świątynia i uwaga…gorące źródła! W wodzie mieszkańcy czasami gotują ryż, ale mimo to postanowiłem spróbować kąpieli w (podobno) uzdrawiających i magicznych wodach. Według lokalnych wierzeń Karthik, syn boga Shivy i Parvati medytował w tym miejscu przez 14000 lat, a źródła stanowią pozostałość po miejscu, w którym siedział. Po wielu dniach trekkingu to najlepsze, co mi się mogło przytrafić. Co jest jeszcze bardziej magicznego w tym miejscu? Otóż posiadają telewizje satelitarną, projektor i wielką ścianę dzięki czemu nocą ta cicha dolina zmienia się w futbolową arenę : ) Po Indiach można się spodziewać wszystkiego, ale możliwość oglądania Mistrzostw Świata pośrodku niczego u podnóża lodowców w Himalajach to prawdziwa perełka Po odrobinie relaksu przyszedł czas na prawdziwe wyzwania – niedawno otworzono przejazd drogowy przez przełęcz prowadzącą w kierunku Ladakh i Kaszmiru, zatem zwiedzając po drodze okoliczne wioski kieruje się powoli na północ. Komunikacja o tej porze roku jeszcze nie działa, więc czas wrócić do poczciwego autostopu, po raz kolejny trzymajcie kciuki.
P.S. Widzę, że polubiliście Himalajskie widoki – dla odmiany romantyczna panorama doliny Parvati  (widok sprzed guesthouse’u we wsi Tosh)

24 czerwca 2014 Ladakh (Indie stan Kaszmir)

Udało się! Po trzech długich dniach pełnych przygód i potyczek z naturą dotarłem na niemal sam koniec Indii – tym razem od północnej strony. Trasa Manali-Leh, którą miałem okazje pokonać jest znana jako jedna z najniebezpieczniejszych i najpiękniejszych na świecie. Przewodniki mówią, że można ją pokonać jedynie raz w życiu i zalecają powrót samolotem. Mam zupełnie odmienne uczucia – mógłbym nią jeździć w nieskończoność i za każdym razem nie nudziłbym się ani sekundy. Co jest takiego specjalnego w liczącej niespełna 500 kilometrów trasie? Wszystko! Zaczęło się od spotkania z czwórką sympatycznych chłopaków z południa Indii. Do następnej miejscowości było kilkadziesiąt kilometrów za czterotysięczną przełęczą, więc nawet nie zapytałem, gdzie jadą. A powinienem. Okazało się, że moi kierowcy wybierają się jedynie na szczyt góry, gdzie przedsiębiorcy mieszkańcy urządzili wielki śniegowy biznes. Większość Hindusów nigdy w życiu nie widziała na oczy śniegu – narty, skutery śnieżne, jaki, konie, zjazdy na oponie i rzucanie śnieżkami to główne atrakcje, z których radośnie korzystają dzieci i dorośli. Miałem niezły ubaw patrząc jak wielcy faceci wypuszczają z ust parę wodną udając, że palą papierosy i nagrywają to telefonami. No, ale na tym zabawa się skończyła. Wszystkie samochody jechały z powrotem do Manali, a mi pozostała wędrówka w dół wąską drogą pośród kilkumetrowych zasp śnieżnych. W dodatku zbliżała się noc, a na horyzoncie pojawiła się paskudna burza i zaczęło się robić naprawdę nieciekawie, aż tu nagle moim oczom ukazał się jeep. Jego pasażerowie byli nieźle zaskoczeni widząc białasa z plecakiem pośrodku niczego, ale z chęcią pomogli dzięki czemu szczęśliwie dotarłem na noc do Keylong – ostatniej wsi po tej stronie Himalajów. Następnego poranka pierwszy zatrzymany samochód okazał się być tym, który zabrał mnie prosto do celu. To był jednak dopiero początek przygód. Na pnącej się w górę dróżce (znaczy się krajowej autostradzie) szybko zaczęły pojawiać się mniejsze i większe wodospady, rzeka płynąca środkiem drogi, a w trakcie podjazdu na pierwszą z trzech pięciotysięcznych przełęczy zaskoczyła nas burza śnieżna. Mijanie na centymetry (dosłownie) ciężarówek nad potężnymi urwiskami przy zerowej widoczności z pierwszymi objawami choroby wysokościowej na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Po przedostaniu się na drugą stronę góry chmury zniknęły, zastąpione przez bajeczne widoki. Po chłodnej nocy w namiocie ostatni dzień podróży okazał się być czystą przyjemnością, choć droga zapewniała nieprzerwany zastrzyk adrenaliny. Przy pięknej pogodzie dostałem się na drugą co do wysokości przełęcz na świecie (najwyższą planuje zdobyć w tym tygodniu), a tuż za nią ukazały się widoki, których mimo bogactwa języka polskiego opisać się nie da… W ten oto sposób dotarłem do legendarnej krainy Ladakh nazywanej „Małym Tybetem”, a dokładnie do Leh znajdującego się na wysokości 3505 metrów, będącego dawną stolicą Tybetańskiego królestwa i domem Dalaj Lamy (który wpada w przyszłym tygodniu – dzisiaj zarejestrowałem się jako pielgrzym  J Dobra karma niemal unosi się w powietrzu, ale o tym może następnym razem. Czas na odrobinę medytacji i spokoju ducha przed prawdziwymi górskimi wyzwaniami.

6 lipca 2014, Leh (region Ladakh, Indie)

Wszystkiego najlepszego dla Dalaj Lamy z okazji 79 urodzin! P.S. A tak wyglądała dzisiaj imprezka urodzinowa – bawiłem się przepysznie wraz z 150 tysiącami pozostałych gości (nie, wódki nie było).

10 lipca 2014, Srinagar, Kaszmir (Indie)

Witajcie w Kaszmirze! Po dwóch tygodniach spędzonych w magicznym Ladakh postanowiłem opuścić buddyjskie królestwo i wyruszyć z wyciągniętym kciukiem w kierunku krainy będącej dla mnie wielką niewiadomą. Już pierwsza zatrzymana ciężarówka mogła zabrać mnie prosto na miejsce, ale to byłoby zdecydowanie za proste. Wyskoczyłem po kilku godzinach i zatrzymałem się na noc w przepięknej wiosce Lamayuru mając nadzieje, że kolejnego dnia z łatwością osiągnę cel (z Ladakh do Kaszmiru prowadzi tylko jedna droga wzdłuż spornej granicy z Pakistanem). To był jednak dopiero początek przygód. Kolejnego poranka już pierwszy samochód zaliczył awarię. Po szybkiej naprawie usterki i wymianie koła dotarłem do Kargil, miasteczka zamieszkałego niemal wyłącznie przez muzułmanów będącego areną krwawych walk podczas ostatniej wojny. Kolejny samochód również zaliczył awarię – tym razem na tyle poważną, że kierowcy zdecydowali się zostawić pojazd na szczycie ośnieżonej przełęczy pośrodku niczego i wskoczyli w jedyną przejeżdżającą taksówkę zajmując ostatnie miejsca. Pozostało mi rozpocząć mozolną wędrówkę w dół. Na szczęście po kilku kilometrach przyszedł ratunek. Wielka wojskowa ciężarówka zatrzymała się widząc białasa z plecakiem, a na pakę zaprosiła mnie gromada panów z karabinami w dłoniach. Z radością przyjąłem propozycję (zresztą wyglądali na takich, którym się nie odmawia). Droga, którą jechaliśmy jest prawdopodobnie najbardziej zmilitaryzowaną trasą na świecie. Posterunki wojskowe, co kilka kilometrów, setki żołnierzy, stanowiska strzelnicze z potężnymi działami i ogromne wojskowe bazy w każdej dolinie wywołują strach i respekt. Tym razem udało mi się dotrzeć do popularnego wśród Hindusów górskiego kurortu Sonamarg. Jako jedyny Europejczyk w promieniu kilkudziesięciu kilometrów stanowiłem większą atrakcję niż kilkutysięczne szczyty, więc postanowiłem ulotnić się jak najprędzej. Po spędzeniu nocy pod lodowcem wśród setek pasących się koni obudziłem się z mocnym postanowieniem dotarcia do stolicy Kaszmiru, od której dzieliło mnie raptem 100 kilometrów. Już w kilka sekund po powrocie na trasę sunąłem na pace leciwego pick-up’a. Na tyle leciwego, że podczas jednego ze wzniesień coś głośno zaburczało, zawarczało, aż w końcu szarpnęło z całej siły, a z podwozia posypały się tajemnicze śrubki. Cóż, najwyraźniej jestem pechowy – na szczęście żaden z samochodów nie był mój, więc mogłem beztrosko kontynuować podróż z buta machając po drodze do wyraźnie zaskoczonych takim widokiem żołnierzy. Po kilku kolejnych podwózkach dotarłem do upragnionego Srinagar. Dlaczego upragnionego? Otóż to liczące sobie niemal milion mieszkańców miasto jest przypuszczalnie jedynym miejscem, gdzie istniała szansa obejrzeć półfinały Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Po długotrwałych poszukiwaniach udało mi się znaleźć odpowiednią łódź (miasto otoczone jest jeziorami słynącymi z pływających domów), ale to już zupełnie inna historia, o której opowiem następnym razem, a teraz muszę kończyć i przepakować plecak – z samego rana ruszam na pograniczny trekking skąd przy dobrej pogodzie będę miał jak na dłoni panoramę Karakorum z Nanga Parbat na czele. Ahoj przygodo!
P.S. Łapcie pozdrowienia od chłopaków z Kaszmiru – choć wyglądają groźnie mają dobre serducha (ale postrzelać nie pozwolili ;))

11 lipca 2014 gdzieś na środku jeziora w Srinagar (Kaszmir, Indie)

No to Indie zafundowały mi kolejną niespodziankę – tym razem niezbyt przyjemną. Z bardzo nieprzyjemnymi objawami leże na łodzi kompletnie wypompowany z życia. O trekkingu można zapomnieć. Jak nic się nie zmieni jutro szpital. Gdybym nie dawał znaku życia przez kilka dni, proszę o kontakt z szefem łodzi Pona Forte na jeziorze Dal Lake w Srinigar. Nr telefonu: +919906783369 (tylko w razie ostateczności – jeszcze żyje ;)) Jeżeli macie pod ręką jakiegoś szamana proszę o rytuał uzdrowienia. Z modleniem za duszę na razie proszę się wstrzymać

13 lipca 2014 Srinagar (Kaszmir)

I’m still alive! Dzięki wszystkim szamanom, dobrym wróżkom i całej reszcie, którzy ciepłymi słowami wspierali mnie w ciężkich chwilach. Już wczoraj odczułem zdecydowaną poprawę samopoczucia, a dzisiaj w 100% wróciłem do świata żywych i mogę Wam opowiedzieć ciut więcej o miejscu, w którym aktualnie przebywam. Srinagar za panowania Brytyjczyków był ich ulubionym miejscem odpoczynku (nie dziwie się – trochę jak na Mazurach tylko bardziej zielono i z kilkutysięcznikami w tle, a w dodatku gwarancja idealnej pogody na całe lato) i to właśnie oni sprowadzili w tutejsze strony modę na budowę wielkich pływających domów. Obecnie jest ich ponad 1,5 tysiąca i stanowią główną atrakcję miasta przyciągając głównie Hindusów – Europejczycy ciągle boją się przyjeżdżać ze względu na sytuację polityczną – relację Indii i Pakistanu delikatnie mówiąc nie należą do najlepszych, a Srinagar i okoliczne tereny są solą w oku zarówno pakistańskiego rządu jak i terrorystów, którzy od czasu do czasu lubią wpaść w odwiedziny. Dodam, że chłopcy są dość wybuchowi… W żadnym z miejsc na świecie w jakich byłem nie widziałem takich ilości wojsk. Żołnierze z arsenałem broni jak w Call of Duty, posterunki z zasiekami i stanowiskami strzelniczymi na głównych ulicach, potężne wieże strażnicze, wysokie mury przed każdym hotelem i więcej wozów bojowych na ulicach niż po meczach Legii. Mimo tego życie codzienne płynie normalnie. A jak wygląda? Z powrotem poczułem się niczym na Bliskim Wschodzie – z ulic zniknęły kobiety w kolorowych strojach i wymyślne świątynie, a zamiast nich pojawiły się meczety, nawoływania muezina i panowie w długich brodach. Skoro mowa o brodach – po pół roku podróży dość mocno zarosłem przez, co spacerując ulicami raz za razem zaczepiano mnie z pytaniem czy jestem muzułmaninem (lub stwierdzano to bez pytania), a na wszelkich punktach kontrolnych rzucano mi nieprzychylne spojrzenia. Dzisiaj powiedziałem dość i postanowiłem upodobnić się do większości schludnych białych twarzy. Ile potrzeba osób do ogolenia jednego Zdzicha? Okazuje się, że aż czterech! Dwóch goliło, a dwóch tłumaczyło jak to mają robić – zabawa na całego. Efekt końcowy pokaże dopiero, gdy zacznę się rozpoznawać w lustrze tymczasem fota na potwierdzenie tego, że żyje.
P.S. Wszystkim fanom futbolu życzę udanego Finału Mistrzostw Świata i miejmy nadzieje, że ktoś w końcu skopie tyłki Niemcom, a od jutra mogę wrócić do podróżowania bez dostępu do takich dóbr cywilizacji jak telewizja satelitarna J

15 lipca 2014 Dharamsala (Himachal Pradech, Indie)

Postanowiłem opuścić gorący Kaszmir i wrócić na drugą stronę Himalajów – tym razem do Dharamsali, stolicy rządu Tybetańskiego i siedziby Dalaj Lamy. Po dwóch dniach stopowania i przejechaniu większości trasy kilkoma ciężarówkami na sam koniec zdecydowałem się podjechać ostatnie 10 kilometrów lokalnym autobusem. Zmęczony zasnąłem z głową lekko wychyloną poza okno (w Indiach okna w autobusach to rzecz rzadko spotykana). Przebudzenie było wyjątkowe – w postaci czołowego zderzenia z lusterkiem jadącej z naprzeciwka ciężarówki. Autobus zatrzymał się, wszyscy pasażerowi zamarli w przerażeniu, a ja na chwilę straciłem kontakt z rzeczywistością Choć z wielkim guzem, wciąż żyję. Od dziś mogę sobie wpisywać w CV „Zderzenie z ciężarówką”. Czas na podładowanie kredytów dobrej karmy J

21 LIPCA 2014 pociąg w drodze do Ahmedabat (region Gujarat, Indie)

Przyszedł czas na ostatnie dni z Indiami. Zazwyczaj słyszy się od osób odwiedzających ten kraj, że można go jedynie kochać albo znienawidzić – bez stanów pośrednich. Choć nie do końca się z tym zgadzam bliżej mi do pierwszego uczucia. W przeciągu minionych trzech miesięcy wydarzyło się niemal wszystko. Od piaszczystych plaż, aż po himalajskie szczyty, od trekkingu w gorącej tropikalnej dżungli po przenikliwe zimno lodowców. Dowiedziałem się sporo o hinduizmie i buddyzmie, a nawet miałem okazję uczestniczyć w rytuale Kalachakry – najważniejszego buddyjskiego święta i urodzinach Dalaj Lamy. Zjeździłem autostopem obie strony Indyjskich Himalajów oglądając ich jasne i ciemne strony. Poza dziewiczą przyrodą góry ukazały mi straszne historie tysięcy tybetańskich uchodźców przekraczających nielegalnie granice w poszukiwaniu lepszego jutra i mieszkańców Kaszmiru żyjących nie mając pewności czy ich ziemia ponownie nie stanie się areną krwawych walk między dwoma atomowymi mocarstwami. Dałem się porwać fantazyjnej hinduskiej kuchni niepodobnej do niczego innego w świecie – mieszanka dziesięciu rodzajów smaków od pikantnego, przez kwaśne, słodkie i gorzkie na jednym talerzu (Thali), boskie naleśnikopodobne Masala dosa obowiązkowo z kokosowym kremem oraz dziesiątki różnorodnych lokalnych ulicznych specjałów
Nauczyłem się jeździć na motorze, zdobyłem sześciotysięcznik i cudem uniknąłem śmierci zderzając się z ciężarówką. Przejechałem przy tym prawie 10000 kilometrów – autostopem, busem, pociągiem i pieszo.
No i najważniejsze. Ludzie wszelkiego rodzaju – dobrzy i źli (na szczęście w większości spotykałem tych pierwszych), bogaci i biedni, przyjaźni i złośliwi. Mówiący różnymi językami i wyznający różne religie. W kraju zamieszkiwanym przez ponad 1,3 miliarda ludzi znajdziesz każdy typ osobowości jednak niezależnie od regionu na każdym kroku napotykałem głównie uśmiechnięte twarze. Przyjeżdżając do Indii pierwszym zdaniem jakie usłyszałem było „Welcome to the land of smiles” – my Polacy z całym naszym narzekaniem i roszczeniową postawą wobec świata moglibyśmy się od Hindusów sporo nauczyć. A za co Indii nie lubię? Za brud i brak jakiegokolwiek szacunku dla przyrody, za biedę i gigantyczne nierówności społeczne, za natarczywość wielu osób i ich wyobrażenia na temat świata Zachodu oraz traktowanie kobiet. W Indiach znajdziesz wszystko – zależy jedynie jak głęboko chcesz zajrzeć do wnętrza króliczej nory.
A tak na marginesie moich rozważań – jestem właśnie w drodze do Ahmedabad – stolicy stanu Gujarat leżącego nad Morzem Arabskim i pograniczu z Pakistanem. Jest to podobno najbardziej konserwatywny stan Indii i jedyny, gdzie alkohol jest zakazany. Zamierzam jednak odwiedzić znajomych, więc pozwoliłem sobie na mały przemyt whisky ze stolicy kraju J

Temperatury przekraczają już grubo 40 stopni, a ma być jeszcze cieplej ale nie będę marudził – kto wie co przyniesie Polska. Będę za Indiami tęsknił i obiecuje sobie, że do nich wrócę, bo tak naprawdę widziałem jedynie kawałek tego fascynującego i tajemniczego świata. Póki co jednak czas nacieszyć się ostatnimi chwilami i wracać do domu – w najbliższych dniach i tygodniach czeka na mnie kilka dobrych eventów

23 lipca Majdan – Kijów (Ukraina)

Po małych perypetiach jednak udało mi się dotrzeć na Ukrainę. Lądując w Kijowie postanowiłem zatrzymać się tutaj na jeden dzień aby zobaczyć jak nasi wschodni sąsiedzi radzą sobie po ledwo, co zakończonej (czy na pewno?) rewolucji. Napięcie i emocje budowały wieści z rosyjskiego pogranicza – ofiary każdego dnia, ciężkie walki i słynny zestrzelony samolot przez, który miałem tyle problemów z wydostaniem się z Azji. Po krótkiej przejażdżce metrem wysiadłem na wprost tego co kiedyś było drogą w kierunku Majdanu. Przywitała mnie ściana opon, palet i stert kamieni – ok udało się znaleźć wejście. Nie spodziewałem się, że po tylu miesiącach na Majdanie w dalszym ciągu będzie można zastać tak potężne fortyfikacje i miasteczko namiotowe. Ochoczo zabrałem się do robienia zdjęć. Nie minęło pół minuty, gdy znikąd pojawiło się kilku chłopaków. Rozmowa przebiegała w następujący sposób (proszę wybaczyć – mój rosyjski opiera się na zasadach „Kali być, Kali mieć”):
– Szto ty fotografirujesz? Dawat suke!
– Ja?! Niszto….
-Dawat!!!!!
(w tym momencie dwóch umundurowanych gości wciąga mnie za szmaty do namiotu wykrzykując słowa, które nie zwiastują nic dobrego)
– Ja nie znal że to problem, ja z Polszy, turista! Sviabodnia z Indii prijechal!!
– z Poooolszy??? Bratr moj! Poczemu niet gavarisz, że z Polszy? Czaj se napijesz? Posad se, pooddichaj…
No i w ten sposób z rychłej wizji pobicia, ugoszczono mnie w namiocie samoobrony Majdanu z największymi honorami. Wypiłem herbatkę i zrobiłem interesujący wywiad na temat rewolucji, wojny z Rosją i innych palących problemów, o których opowiem przy najbliższej okazji. Mimo obalenia prezydenta i rządu chłopcy z Majdanu nie zamierzają zbierać manatek. Wprost przeciwnie – zostaną dopóki nie uznają, że kraj wraca na właściwe tory. Nie zamierzam oceniać ich postawy, ale mogę z całą pewnością stwierdzić, że są zdeterminowani i gotowi do pełnego poświęcenia za ojczyznę. Po dłuższej chwili rozpoczęli poszukiwanie flaszki aby lepiej „poznakomit se”, ale na słowiańską gościnę po długiej abstynencji jeszcze nie byłem gotów, zresztą miałem w planach fotoreportaż, więc ładnie podziękowałem, pożegnałem się i wyruszyłem na plac rewolucji. Scena, na której zimą odbywały się przemówienia ciągle stoi i można na niej usłyszeć artystów wykonujących patriotyczne pieśni. Kilkumetrowe barykady z kamieni, opon i palet znajdują się przy wszystkich wejściach na plac. Sprawiają wrażenie jak gdyby miały jedynie przypominać o poniesionych ofiarach jednak jeśli się przyjrzeć bliżej, w każdej chwili mogą ponownie posłużyć do odparcia ataku. Na drzewach, chodnikach, a nawet środku ulicy znajdują się zdjęcia poległych, otoczone zniczami, krzyżami, kaskami, maskami gazowymi i innymi akcesoriami walczących. Wokół antyrosyjskie flagi, plakaty, karykatury Putina i wiele, wiele więcej . Dla odmiany z drugiej strony często można zobaczyć biało-czerwone kolory obok ukraińskich – chyba nigdy w całej historii naszych narodów nie byliśmy lubiani przez naszych sąsiadów tak jak teraz. Choć dla wielu naszych obywateli może to brzmieć mało wiarygodnie Ukraińcy uważają Polskę za przykład sukcesu i chcą podążać naszą drogą….
Cały Majdan wygląda jakby rewolucja wciąż trwała – zresztą patrząc na osoby zaangażowane w jego obronę jak i zwykłych mieszkańców Kijowa widzę, że ciągle nią żyją, a za Ukrainę są gotowi oddać wszystko. Choć nigdy nie byłem zwolennikiem tak głębokiego patriotyzmu (czy może już nacjonalizmu) rozumiem ich postawę. Ogromny szacunek i respekt za wiarę i poświęcenie. Sława Ukrainie!
P.S. Za jakiś czas obszerny artykuł i fotorelacja z Majdanu, a tymczasem powolutku kieruje się w kierunku ojczyzny – następny przystanek Lwów!

24 lipca Tychy (Polska)

Po ekstremalnie szybkiej podróży pociągiem do Lwowa, a następnie autostopem przez pół deszczowej i zimnej Polski dotarłem do miejsca, z którego ponad pół roku temu wyruszyłem w Tripa.
Mawiają, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – szczególnie mając w ręce Tyskie, a w ustach smak maminego schabowego z ziemniaczkami i ogórkiem kiszonym. To są jedne z tych małych rzeczy, które sprawiają, że tak kocham Polskę, także wracam pełen dobrej energii z uśmiechem na twarzy. WITAJCIE! 😀

2 sierpnia PRZYSTANEK WOODSTOCK (Kostrzyn nad Odrą – Polska)

Wyjeżdżając ponad pół roku temu z Polski nie miałem dokładnego planu i biletu powrotnego. Wiedziałem jedynie, że chce przejechać autostopem przez Bliski Wschód, dotrzeć do Indii, oraz zobaczyć Himalaje. No i wrócić na Woodstock. Podróżując głównie autostopem i korzystając z couchsurfingu nieustannie rozmawiałem o wszystkim i niczym odpowiadając na milion pytań o miejsce, z którego pochodzę. Jako, że kocham nasz kraj opowiadałem o zielonych lasach, mazurskich jeziorach i tatrzańskich szczytach. Jedne opowieści zaciekawiały słuchaczy bardziej inne mniej (mazurskie jeziora na środku pustyni w Iranie robiły wrażenie, a Tatry w Himalajach już niekoniecznie), ale była wśród nich jedna historia, która fascynowała wszystkich bez wyjątku. Niemal każdego dnia opowiadałem o miejscu na granicy polsko-niemieckiej, gdzie na kilka dni w roku przyjeżdżają setki tysięcy ludzi aby w atmosferze pełnej wolności cieszyć się życiem. Reakcje (zależnie od kraju, w którym aktualnie przebywałem) były różne. Od fascynacji w Iranie, gdzie koncerty i muzyka rockowa są nielegalne, a znalezienie piwa graniczy z niemożliwością, przez niedowierzanie mieszkańców światowej stolicy kapitalizmu – Dubaju (no bo jak można zrobić imprezę na prawie milion ludzi za darmo?!) aż po zaciekawienie turystów z całego świata w Indiach (w Polsce jest największy festiwal muzyczny w Europie, a my o nim nie wiemy?). Z radością i pasją opowiadałem o tym jak od niemal dekady przyjeżdżam wraz z przyjaciółmi do przygranicznego Kostrzyna pod koniec lipca wyposażony w młotki, gwoździe, namioty wojskowe i flagi. Zarażałem ludzi tą ideą pokazując zdjęcia z budowy wioski tyskiej (pozdrowienia dla wszystkich Tyszan!) oglądając jak dzień po dniu woodstockowe pole zapełnia się, co raz bardziej kolejnymi namiotami i konstrukcjami, by w końcu wybuchnąć energią setek tysięcy rozkrzyczanych gardeł. Próbowałem wytłumaczyć na czym polegają słynne błotne kąpiele i w jaki sposób możliwe jest stworzenie festiwalu wielkości sporego miasta nie oczekując od jego uczestników w zamian nic poza uważaniem na siebie i bezpieczną zabawą. Z radością pokazywałem na mapie, gdzie odbywa się najpiękniejszy festiwal świata (choć czasami najpierw musiałem uświadamiać, gdzie leży Polska), zapisywałem link do strony fundacji i mój polski numer telefonu gdyby zechcieli przyjechać. Nietrudno się domyślić, że chętnych było sporo. Niestety dotarcie do Polski dla mieszkańców wielu regionów na świecie nie jest łatwą sprawą. Kilku chłopaków poznanych w Iraku nie miało podstaw do ubiegania się o wizę, obywatele Indii powinni się o nią starać wiele miesięcy wcześniej, a Irańczycy muszą sporo się nakombinować i przejść batalie z wszystkimi możliwymi urzędami i strażnikami Islamskiej rewolucji. Upływały tygodnie i miesiące, zima zmieniła się w lato, a ja ciągle tkwiłem, gdzieś pomiędzy ośnieżonymi himalajskimi szczytami. Pewnego dnia podjąłem decyzję o powrocie – w końcu nie mogę odpuścić Wooda! Kupiłem najtańszy bilet możliwie blisko domu, do Kijowa. Nie sądziłem wówczas, że u naszych wschodnich sąsiadów wybuchnie prawdziwa wojna, z udziałem wyrzutni rakietowych i zabawy w strącanie samolotów. Po wielu przygodach, wizycie na Majdanie dotarłem do Polski niemal w ostatniej chwili i pognałem do Kostrzyna. Jakaż była moja radość gdy na polu namiotowym ujrzałem twarz osoby poznanej tysiące kilometrów dalej. Niespodziewanym gościem okazał się być Mo – sympatyczny Niemiec, którego spotkałem kilka miesięcy wcześniej w Iranie, wracający z Chin do Niemiec na rowerze. Nie kryjąc wzruszenia wyściskałem przyjaciela drogi. Mo pokochał Woodstock i obiecał, że wróci za rok wraz z przyjaciółmi, a ja uświadomiłem sobie, że w ten o to sposób zostałem ambasadorem Przystanku Woodstock. I będę nim do końca świata i jeden dzień dłużej, bo to nie tylko kilka dni muzyki, odpoczynku i picia piwa. Wood to podróż totalna, a kto nie wie o czym mówię niech przyjedzie za rok i do nas dołączy – mam nadzieje, że w jeszcze pokaźniejszym gronie wariatów z różnych zakątków Ziemi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *